|
środa, 29 kwietnia 2009
Kolejny powrót, może tym razem na dłużej
![]() Wróciłam, ale na jak długo, nie wiem. Wiosna przyszła i jakoś łatwiej nad czasem zapanować. Odkurzyłam stare kąty, świeżych kwiatów narwałam i zachęcam do rozgoszczenia się, chociaż treści nowej tak od razu za dużo nie przybędzie. Na początek może wspomnę o dwóch filmach: „Martyrs. Skazani na strach” i „Szepty w mroku”. Oba wyreżyserował Pascal Laugier. Pierwszy bardzo brutalny, ale świetnie zrobiony horror, a drugi jest subtelną i pięknie sfilmowaną historią o samotności, niezgodzie na rzeczywistość i duchach przeszłości. „Martyrs” od pierwszej sceny przykuwa uwagę widza. Nie ma mowy o nudzie, jeśli ktoś uważa że film ciągnął się jak flaki z olejem, albo że go śmieszył, to współczuję, bo coś musi być z nim nie tak. Nagromadzenie takiej dawki przemocy i pokazanej tak dosłownie sprawia, że oglądanie męczy. Można zapomnieć o przyjemności bezrefleksyjnego wpatrywania się w ekran. Kiedy pomyślałam, że mam już dość, tempo nagle zwolniło, a może i ja przekroczyłam pewien próg mojej wytrzymałości i to, czego nie mogłam przetrawić, już do mnie nie trafiało. Na licznych forach rozgorzała dyskusja na temat treści i przesłania, pojawiły się zarzuty, że końcówka była idiotyczna. Nie zgadzam się. Wystarczy wziąć pierwszą z brzegu gazetę by dowiedzieć się z jak absurdalnych powodów i w jak okrutny sposób giną ludzie. Jestem pewna, że ten film jeszcze długo będzie dyskutowany. Świetnie zagrany i sfilmowany, fabuła wciągająca i wbrew opinii niektórych, wcale nie taka głupia (chociaż powstrzymała też bym się przed doszukiwaniem nie wiadomo jak głębokiego sensu). Siłą filmu jednak, moim zdaniem, nie są brutalne sceny a umiejętna manipulacja widzem. Komu nie było żal Anny? Polecam tylko tym którzy lubią ekstremę, a Ciebie Leśna ;) zachęcam do obejrzenia „Szeptów w mroku”, tego samego reżysera, z podobnymi motywami, a jednak to zupełnie inny film. W roli głównej, Virginie Ledoyen (jestem pewna że poznałaś ją w filmie Ozona „Osiem kobiet”). Najbardziej zachwyciły mnie zdjęcia, trochę jak w „Pikniku pod Wiszącą Skałą”, tylko pozbawione ciepła. Nie rozumiem, dlaczego na filmwebie ma tak słabą ocenę. Może coraz mniej ludzi jest wrażliwych, bez hektolitrów krwi i akcji szybkiej i zakręconej jak kolejka górska już się nie obejdzie. Teraz niecierpliwie czekam na nowego „Hellraisera”.
czwartek, 05 marca 2009
KAŻDA EKIPA - TA SAMA LIPA!
X WIELKA MANIFA WARSZAWSKA POD HASŁEM: "KAŻDA EKIPA - TA SAMA LIPA!" 8 MARCA 2009 godz. 12:00 START: PLAC DEFILAD ![]() 99 lat temu nasze prababki ustanowiły, że 8 marca będzie naszym świętem, Międzynarodowym Dniem Kobiet. 8 marca my, kobiety, znów będziemy domagać się równouprawnienia i zmiany dyskryminujących praw. Dzięki temu, że działamy solidarnie, udało się zapobiec wielu zmianom w prawie, które pogorszyłyby los kobiet w Polsce. Nadal jednak jesteśmy dyskryminowane w zakresie pracy, edukacji, ochrony zdrowia, sprawiedliwości i ochrony przed przemocą. Każda koalicja rządząca miała własne pomysły na to, jak pogorszyć naszą sytuację, każda była głucha na głos społeczeństwa. Stąd nasze hasło: "Każda ekipa - ta sama lipa!". W trakcie marszu odczytamy listę 10 POSTULATÓW skierowanych do rządzących, które zostaną przekazane rządowi i posłom, będziemy razem śpiewać nowy hymn Manify i oglądać przygotowane happeningi. Przyłącz się do WIELKIEJ MANIFY w Warszawie! Kiedy maszerowałyśmy pierwszy raz, było nas 200 - rok temu było nas już 4 000! Przyjdź raz, a za rok na pewno wrócisz z przyjaciółkami i rodziną. Manifa odbywa się nie tylko w Warszawie: tego dnia demonstracje odbędą się w Gdańsku, Krakowie, Łodzi, Poznaniu, Tarnowskich Górach i Wrocławiu. Nasi partnerzy, przyjaciele i znajomi mężczyźni od początku maszerowali razem z nami. Dołączcie do nas! Czekamy na Was, na matki, babcie, na wnuczki, córki i siostry, na mężów, ojców, dziadków, braci i chłopaków, na singielki i singli, na wszystkie osoby, które czują, że wciąż jest wiele do zrobienia. Dla dzieci przygotowałyśmy specjalne miejsce - Kids Blok. Chodźmy razem w Manifie 8 marca i wspólnie maszerujmy do lepiej urządzonej i sprawiedliwszej Polski! Organizatorki Manify 2009: Porozumienie Kobiet 8 Marca www.porozumieniekobiet.home.pl Stowarzyszenie "Same o Sobie S.O.S" Fundacja MaMa Fundacja "Anka Zet Studio" Fundacja Feminoteka Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny Porozumienie Lesbijek (LBT) Portal Kobiety Kobietom UFA WZZ "Sierpień 80" WLH im. Jacka Kuronia Krytyka Polityczna źródło: FEMINOTEKA Inne miasta
piątek, 20 lutego 2009
Wczoraj pisane, śniegiem posypane
Ciągle pada i może miasto wygląda jak w bajce, ale przedzieranie się o świcie przez zaspy jest średnio przyjemne. Jakoś zapomniano o moim bloku i nikt nie zadaje sobie trudu by odśnieżyć chodnik. Nie chcę marudzić, ale niech już przyjdzie ta cholerna wiosna, bo czuję się jak bohaterka „Miasta ślepców”. Zapadłam na białą ślepotę i tylko sygnalizacja świetlna nie pozwala mi się zgubić w drodze do pracy. Saramago nawet tego pozbawił swoje postaci. Dał im za to widzącą przewodniczkę. Jedyna, która nie traci wzroku, kiedy całe miasto i cały kraj pogrążają się w chaosie na skutek epidemii ślepoty. Nie ważne jak bardzo absurdalnie to brzmi, książkę warto przeczytać. Nieprawdopodobna historia obnaża prawdę o ludziach, o tym jak są słabi i bezbronni. Wystarczy, że zostanie naruszony chociaż jeden element świata oswajanego przez kolejne pokolenia, a człowiek gubi się i zostaje pozbawiony człowieczeństwa. Wszystko co robimy przez wieki, ma na celu podporządkowanie rzeczywistości naszym potrzebom i wyobrażeniom. Ulegamy złudzeniu, że jest to możliwe, że panujemy nad życiem i nad tym co nas otacza. Kiedy jednak pojawia się pierwiastek irracjonalności wszystko sypie się jak domek z kart, by po chwili powstać z gruzów. Krzywy, nietrwały, ale ponownie dający nam złudzenie, że wszystko wraca do normy.
Kiedy pewnego dnia ludzie zaczęli ślepnąć, pierwszą decyzją jaką podejmuje rząd jest ich odizolowanie. Chorzy, jeszcze nieliczni, zostają przetransportowani do starego, opuszczonego szpitala. Budynek jest otoczony przez wojsko, a oni w środku skazani tylko na siebie. Ich sytuacja pogarsza się z każdą chwilą. Brakuje jedzenia, czystej wody, przestają obowiązywać jakiekolwiek zasady. Rozpoczyna się walka o przetrwanie, a za murami szpitala ślepota zatacza coraz szersze kręgi. Jedyną osobą która nie traci wzroku, jest żona lekarza. Jak jakaś święta, cierpliwa i wyrozumiała zaczyna opiekować się grupa przypadkowych osób. Wśród nich są: dziewczyna w ciemnych okularach, pierwszy ślepiec, żona pierwszego ślepca- tak nazywa ich narrator. Jakby imiona w obliczu tej dziwnej choroby przestały mieć znaczenie, a ludzie zostali odarci z osobowości. Żona lekarza cierpi patrząc na to co się dzieje wokół niej, na okrucieństwo i upokorzenia, ale podejmuje się opieki nad grupką obcych ludzi. Jednocześnie jest zaprzeczeniem świętości, bo przekracza granice i zabija. Zdaje sobie sprawę z wagi swojego czynu i nie może się z tym pogodzić. Na lekcji polskiego, pewnie powiedziano by, że jest postacią tragiczną. „Bez przyszłości teraźniejszość staje się bez znaczenia, to tak, jakby jej nie było, Może ludzie nauczą się żyć bez oczu, ale prawdopodobnie przestaną być ludźmi, myślę, że nikt z nas nie może nazwać się człowiekiem w takim znaczeniu, jakiego używaliśmy dawniej, ja na przykład zabiłam człowieka” Jej poczynania spotykają się ze zrozumieniem, ale ona sobie nie radzi z tym ciężarem. Żałuje, że nie jest jak inni, to, że widzi traktuje jak brzemię, mimo tego, że jej ślepe towarzyszki mówią: „Zabiłaś, żeby nas pomścić, kobiety może pomścić tylko inna kobieta, powiedziała dziewczyna w ciemnych okularach, Usprawiedliwiona zemsta jest rzeczą ludzką, gdyby ofiara nie mogła bronić się przed katem, nie byłoby na tym świecie sprawiedliwości, Ani ludzkości, dodała żona pierwszego ślepca” Obok niej są ludzie, którzy zatracili swoje człowieczeństwo, miotają się walcząc o przetrwanie. Zapominają o wartościach. Pogrążeni we wszechobecnej bieli, starają się zorganizować. Grupa pod przewodnictwem widzącej żony lekarza radzi sobie lepiej, dzięki jej pomocy. Tylko częściowo zdają sobie sprawę z tego co dzieje się wokół nich. Nie widzą psów rozszarpujących zwłok, stert martwych ludzi zalęgających na ulicach. Żona lekarza zatrzymuje te informacje dla siebie, ale z każdą chwilą gromadzi się w sobie coraz więcej goryczy i smutku. Kiedy spotykają pisarza, ślepego jak wszyscy, który nadal stara się pisać, mówi do niego: „Pan jest pisarzem i jak przed chwilą pan powiedział, zna się na słowach, więc na pewno pan wie, że przymiotniki są bezużyteczne, zauważyła spokojnie żona lekarza, Gdy na przykład ktoś zabije człowieka, wystarczy powiedzieć to zwyczajnie, zabił człowieka, gdyż czyn ten sam w sobie jest przerażający i nie potrzebuje przymiotników, Czy to znaczy, że mamy za dużo słów, To znaczy, że mamy za mało uczuć, A może przestaliśmy je nazywać, I dlatego je tracimy” Niesamowita książka. Nie mogłam się od niej oderwać…
wtorek, 10 lutego 2009
Hands Resist Him
Jak Ci się podoba ten obraz?
Bo mi wcale, chociaż przykuwa wzrok, tym bardziej jeśli słyszało się o nim to i owo. Polecam ten tekst. Ostatnio przeglądając zasoby Internetu w poszukiwaniu niesamowitości mogących stać kanwą opowiadania, natrafiłam właśnie na „Hands Resist Him”. Obraz skojarzył mi się z książką „Betonowy ogród” I. McEwana. Niby nic się nie dzieje, nie ma krwi, okrucieństwa, a jednak jest i w obrazie i w książce coś, od czego przechodzą dreszcze. McEwan opowiada o rodzeństwie, które traci matkę. Żyją
odseparowani od świata, gdzieś na osiedlu przeznaczonym pod rozbiórkę. Pod
przykrywka pozornego spokoju, kryje się sekret o mdlącym zapachu rozkładających
się zwłok. Pozostawieni sami sobie, postanawiają nie zgłaszać nigdzie tego że
ich mama umiera. Jej ciało zostaje pochowane w piwnicy, w wielkim kufrze i
zalane betonem. To tyle jeśli chodzi o fabułę. Resztę niech dopowie autor. Warto sięgnąc po "Betonowy ogród". Jakoś ostatnio czasu brak, by tu pisać.
środa, 31 grudnia 2008
Reklama ;)
Białe szepty są owocem konkursu ogłoszonego przez Wydawnictwo Replika na opowiadanie dotykające w swej treści szeroko rozumianego zagadnienia sztuki i pracy twórczej. Spłynęło blisko sto prac, z których ostatecznie wybraliśmy zawartą w książce dwudziestkę. Byliśmy otwarci na wszelkie reprezentowane przez autorów konwencje, stąd zawarte w tomie opowiadania reprezentują szerokie spektrum – od horroru, poprzez thriller, na fantasy czy niemal czystej baśni kończąc. Dwudziestu jeden autorów oferuje nam magiczną wędrówkę po krainie fantasmagorii, niesamowitości, zapomnienia i makabry. Dzięki nim wkroczymy w świat, w którym pozornie martwa sztuka zyskuje witalność. Wybierzmy się w podróż tam, gdzie podziwiane przez swych twórców artefakty zaczynają żyć własnym, skostniałym życiem. Gdzie, śniąc sen o sztuce, można przeżyć dzień w przestrzeni obrazu. Gdzie w sferze zawieszonej „pomiędzy” bohaterowie udają się w wędrówkę w poszukiwaniu siebie. Niech zbiór ten będzie pokusą, by dotknąć tego, co znane, jakby się to widziało po raz pierwszy. ![]() SPIS Spis treści 1. Anna Zgierun Il mago del potere 2. Tomasz Wróbel Szklane oczy 3. Dawid Kain Płaczka 4. Sebastian Szczepan Mt 8,17 5. Małgorzata Brejnak Znikające obrazy 6. Robert Cichowlas Kościół w Auvers 7. Tomasz Gnyś Przeznaczenie ukryte w płótnie 8. Danuta Franczyk W poszukiwaniu zagubionego raju 9. Joanna Maciejewska Witraż Arlety 10. Radosław Scheller Koncert wszech czasów 11. Joanna Gładysek Arnie i Ash 12. Michał Galczak Jak malowany szpak 13. Kazimierz Kyrcz Jr&Łukasz Radecki Muza z przypadku 14. Marta Uszyńska Elfy i artyści tańczą 15. Bogdan Lutnik Malarz psów 16. Barbara Srebro-Fila Natalia 17. Maciej Żytowiecki Pole pszenicy numer 7 18. Anna Szczęsna Malarz koszmarów 19. Maciej Lewandowski L`art des damnés 20. Piotr Roemer Białe szepty
czwartek, 11 grudnia 2008
Cyrkowa opowieść Jacoba
Jak łatwo się pomylić. Po
pierwsze, paskudna okładka. Po drugie, nie przepadam za dziećmi, a oglądając
książkę kątem oka zauważyłam taki tekst: „W dziewięcioletnim umyśle Jacoba…”.
Sama nie wiem, jak to się stało, że jednak wypożyczyłam ten tytuł. No i nie
pożałowałam. Spędziłam dwa wieczory w towarzystwie intrygującego Jacoba
Jankowskiego. Pensjonariusza domu spokojnej starości, a w przeszłości
pracownika cyrku NAJBARDZIEJ OSOBLIWE WIDOWISKO NA ZIEMI BRACI BENZINICH. Książka
jest tak wciągająca, że zapomniałam o okładce, a dziecko o którym była mowa
wcześniej, okazało się być dziewięćdziesięcioletnim staruszkiem, wspominającym
swoje życie. Obiecujący student ostatniego roku weterynarii, wskutek niespodziewanej śmierci rodziców, zostaje pozbawiony rodziny i środków do życia. Jego rodzinny dom zostaje przejęty przez bank, a Jacob pozostawiony sam sobie. Nie zastanawiając się wiele, wsiada do pierwszego lepszego pociągu- jak się wkrótce okazuje, jest to pociąg należący do cyrku. W ten sposób rozpoczyna się największa przygoda jego życia. To w wielkim skrócie. Sama historia nie jest zbyt skomplikowana. Toksyczny związek trójki ludzi i zakazana miłość, a w tle życie cyrku, barwne i niezwykle ciężkie. Cyrk jest domem, dla dziwaków, wyrzutków, outsiderów. Każdy z nich ma ciekawą historię do opowiedzenia, nierzadko tragiczną. Ich codzienność, to nie tylko występy, ale głód, niepewna przyszłość i ciężka praca. W tym świecie obowiązuje ścisła hierarchia. Najniżej stoją robotnicy, tzw. kajdaniarze, do których obowiązków należy rozkładanie obozowiska, sprzątanie, czyszczenie klatek. W większości są zniszczeni, samotni, źle opłacani i zdani na łaskę Wuja Ala, właściciela cyrku. Wyżej stoją artyści, np. Marlena, prześliczna tancerka, w której kocha się Jacob, albo Walter, karzeł występujący z psem, Królewną. Cyrk, nawet kolejowy nie mógłby istnieć bez zwierząt, tak więc mamy konie, z którymi występuje Marlena, lwy i niezwykłą słonicę Rosie. Ulubienica Jacoba stanie się początkiem końca Najbardziej Osobliwego Widowiska… Podczas lektury czasami zastanawiałam się, co jest prawdą, a co wyrazem nieskrępowanej wyobraźni Autorki (np. pomysł z wyrzucaniem z pędzącego pociągu zbędnych robotników był na tyle przerażający, że zastanawiam się nad tym do tej pory), która na końcu książki wyjaśnia: „Historia amerykańskich cyrków jest tak bogata, że wiele najbardziej szokujących szczegółów zaczerpnęłam ze sfery faktu, bądź anegdoty (…). Mam na myśli wystawianie na pokaz hipopotama zakonserwowanego w formalinie. Ważącą czterysta funtów martwą „mocną damę”, którą obwożono po mieście w klatce dla słonia. Słonia, który systematycznie wyciągał kołek i kradł lemoniadę. Innego słonia, który uciekał i wyrywał warzywa z przydomowych grządek. Lwa i pomywaczkę tkwiących razem pod zlewem. Naczelnego dyrektora cyrku, którego zamordowano, a ciało zawinięto w szapito. I tak dalej.” Podobny motyw, z zakonserwowanymi, ale martwymi, zdeformowanymi dziećmi był w „Jarmarku odmieńców”, innej świetnej książce o zbliżonej tematyce. Obie są na swój sposób wyjątkowe, Ale w „Wodzie dla słoni” jest coś jeszcze… Wspomnienia Jacoba przeplatają się z jego codziennością, kiedy ma dziewięćdziesiąt, albo dziewięćdziesiąt trzy lata (nie jest tego pewien). Dzięki tym fragmentom możemy poznać myśli starego człowieka, który nie chce zgodzić się na to, by inni traktowali go jak ciężar. Pragnie móc o sobie decydować i korzystać z życia do końca. Być może warto przeczytać tę książkę przy okazji akcji, jaką obecnie przeprowadza Gazeta Wyborcza: Polska nie jest dla starych ludzi.
Dancers in Paradise, 1986 A na koniec zachęcam do odwiedzenia strony czeskiego artysty Jana Saudka, bo Jego zdjęcia mają w sobie coś z cyrkowo -kabaretowo -bohemiarskiego klimatu. I za to go lubię.
poniedziałek, 01 grudnia 2008
Mądrość kaligrafki
Mimo że grudzień, za oknem wiosna. W witrynach sklepowych świąteczne dekoracje, a za oknem zielone trawniki. Tylko ten dzień taki krótki i energii mniej. Za to do czytania, jakoś chęci nie brakuje. Ostatnio spędziłam troszkę czasu w przemiłym towarzystwie Fabienne Verdier. Ta niezwykła artystka wyprowadziła się z Francji, aby spędzić 10 lat w Chinach Ludowych, ucząc się kaligrafii. Po powrocie do swojego kraju spisała wspomnienia i tak powstała książka „Pasażerka ciszy”. Książka wyjątkowa. Doświadczenia autorki zaowocowały wnikliwym obrazem Chin. Historia, filozofia i sztuka, a także przemiana autorki są treścią tej książki. Verdier nieraz ryzykując życie, w ciężkich warunkach, pokonuje przepaść kulturową i niestrudzenie dąży do bycie kaligrafem, „koczownikiem i pasażerem ciszy, linoskoczkiem”, który „lubi intuicyjną włóczęgę po bezkresnych obszarach”. Książka jest pięknie napisana, w sposób jasny i przejrzysty, pozwala zrozumieć sztukę, ale i mentalność Chińczyków, ludzi ciężko doświadczonych przez historię, ale i posiadających mądrość pomagającą im przetrwać najgorsze. To co bije z tej książki, to spokój. Dramatyczne doświadczenia są, jak gdyby jedynie zasygnalizowane, Verdier nie stara się szokować, ani użalać nad sobą, skupia się na przekazaniu tego czego się nauczyła, przez te wszystkie lata. Aby lepiej zrozumieć kulturę, rezygnuje z wszelkich przywilejów i studiuje w Syczuanie, w takich samych warunkach jak inni studenci, dzięki czemu, może się do nich zbliżyć. Poznając tajniki malarstwa, odkrywając Chiny, kontemplując spełnia swoje marzenia, mimo najgorszych przeciwności.
Piękna, mądra książka. Na koniec cytat, który możemy odnieść do swojego życia, także tu w Polsce. „Bądź szlachetna, nie gódź się na ustępstwa, wycisz emocje, a sukces sam przyjdzie i nie będziesz tego żałować”. Polecam.
wtorek, 28 października 2008
Z tęsknoty za latem
Uśmiechnęłam się na wiadomość, że
jedną z moich ulubionych książek przełożono na j. włoski. Niech i Włosi zajrzą
do Zawrocia. Jeśli chciałam komuś polecić tę książkę, to mówiłam, że jej strony
pachną latem. Jedna z nielicznych polskich książek, która naprawdę mnie ujęła. A tak wygląda okładka włoskiego wydania: A tu polskie wersje, było ich już kilka: ![]() ![]() ![]() Kto jeszcze nie czytał, a cierpi na deficyt słońca, powinien sięgnąć po nią jak najprędzej.
środa, 22 października 2008
Nieszczęśliwi dziewiętnastowieczni
Jak to jest, że jesień niby taka długa, a październik uciekł niewiadomo kiedy? Dla mnie, osławione „długie, jesienne wieczory” są stanowczo za krótkie. Zamiast zapaść w sen zimowy, biegam ze spotkania na spotkanie, a w przerwach- czytam. Zapomniało mi się jakoś o filmach i dobrze. Ostatnio wolę spędzić szalony wieczór w towarzystwie cudownych pań (pozdrowienia dla Passata i dla wiosennie Zielonej), niż gapić się w ekran. Wczoraj także bawiłam się w przemiłym towarzystwie, wcinając słodkości i łudząc się, że od tego przybędzie mi kilka kg. Nic z tego, dzisiaj rano biegłam do pracy i zarobione wczoraj, zgubiłam. No ale dzięki, temu ogólnemu zaganianiu, za kilka dni odwiedzimy cmentarze, a zaraz potem pognamy po świąteczne zakupy i ani się obejrzymy znowu przyjdzie wiosna radosna, wraz z kwitnącym kwieciem, zazielenionymi trawnikami i ciepłymi burzami. Przesadziłam? Wszystko przez to, że ten czas leci jak szalony.
Nic dziwnego, kiedy się ma tak fajnych znajomych, albo takie książki, jak np. „Szkarłatny płatek i biały”. Książka niesamowita i wciągająca od pierwszego zdania. Czułam się tak, jakby narrator wyciągnął do mnie rękę i poprowadził w samo centrum wydarzeń. Pozwolił na bezkarne podglądanie bohaterów w chwilach jak najbardziej intymnych. Londyn epoki wiktoriańskiej jawi się w tej powieści jako labirynt pełen zakazanych rozrywek, w którym młody, szanowany przedsiębiorca, lubiący nowoczesność i produkujący środki pielęgnacyjne dla pań, przechadza się ciasnymi, brudnymi, śmierdzącymi uliczkami, tylko po to, by zaznać cielesnej rozkoszy w ramionach prostytutki Sugar. Dziewczyna jest jego napędem, pozwala mu otrząsnąć się z mrzonek o karierze pisarskiej i zamienić się w przedsiębiorcę z prawdziwego zdarzenia. On zaś wyrywa ją z podrzędnego domu publicznego, prowadzonego przez jej matkę i obdarza względami, by mieć tylko dla siebie, a następnie powierzyć jej wychowanie swojej córki- Sophie. Sugar dzięki swoim umiejętnościom, z prostytutki staje się guwernantką. Targana licznymi wyrzutami sumienia i wątpliwościami, po części nienawidzi William, który choć umożliwił jej oderwanie się od dotychczasowego życia, to jednak uzależnia ją od siebie. Początkowo wynajmuje dla niej ogromny dom i traktuje Sugar jak drogą zabawkę, z czasem jednak zaczyna korzystać z jej wrodzonej smykałki do interesów, radzi się we wszelkich problemach, także rodzinnych. Sugar traktuje tę znajomość jako szansę od losu i wykorzystuje ją. Wszystkich bohaterów łączą skomplikowane relacje. Mimo że los ciężko doświadczył Sugar staje się ona bardziej świadoma tego czego chce i konsekwentnie do tego dąży. Zupełnie inaczej jest z żoną Williama, Agnes. Wieczna dziewczynka, nie umiejąca przyjąć do wiadomości, tego że jest już kobietą i matką. Mamy tutaj jak gdyby dwie strony medalu. Jedna to Sugar, która wie dużo o życiu, o byciu kobietą, ale wiedzę zdobyła zbyt szybko i w sposób najgorszy z możliwych. Druga strona to Agnes, żyjąca urojeniami o świętości, zagubiona gdzieś między piekłem a niebem, unikająca jedzenia i właściwie wszystkiego co jest związane z ludzką stroną egzystencji (tytułowe „płatki”?). Całe dnie spędza na szyciu sukien i przygotowywaniu się do „sezonu”. Nie wiem, która z nich była bardziej poszkodowana przez czas w jakim przyszło im żyć, ale mimo całej irytacji jaką we mnie budziła Agnes, to częściej właśnie jej było mi żal. To co łączy tę trójkę bohaterów, to pisanie. Każdy z nich coś tworzy, lub marzy o byciu pisarzem. William musi zrezygnować z tego pragnienia, na rzecz kochanki, spełnienia życzenia ojca i chorej żony. Agnes pisze miałkie pamiętniki, będące smutnym obrazem jej infantylnego świata. Sugar zaś, tworzy krwawą powieść, w której dokonuje zemsty na mężczyznach i rekompensuje sobie w ten sposób wszystkie doznane krzywdy. Gdzieś w tle powieści pojawiają się też przyjaciele Williama, którzy w odróżnieniu od niego, spędzają czas na pisaniu i wiecznych zabawach. Wszyscy bohaterowie są nieszczęśliwi, zmęczeni, ograniczeni przez konwenanse, a ich wysiłki mające zbliżyć ich do spełnienia swoich pragnień, w większości przypadków kończą się fiaskiem. Faber stworzył niezwykły świat i pozwolił nam na bycie niemymi świadkami życia mieszkańców dziewiętnastowiecznego Londynu. Nie uciekał od najbardziej brutalnych wydarzeń. Spokojnie i dokładnie opisał kontakty Sugar z klientami, poronienie, choroby, śmierć. Między wierszami unosi się zapach nieczystości, wilgoci, zepsucia, ale i… mydła firmy Rakham. Ksiązka godna polecenia, stawiam ją na półce obok „Złodziejki” .
środa, 24 września 2008
Pani na Reinsnes
Kilka lat temu po raz pierwszy obejrzałam film pt. „Księga Diny” i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Niesamowite zdjęcia, przejmująca historia i niezwykła bohaterka, której nieodłącznymi towarzyszami są duchy, a wszystko to, na tle surowej i dostojnej, skandynawskiej przyrody. Niedawno zakupiłam film i na nowo mnie zachwycił, sięgnęłam więc po książkę. Jak się okazało miałam ogromne szczęście, wypożyczając ją z biblioteki. Schody zaczęły się gdy stwierdziłam że chcę mieć tę powieść na własność, po to by móc nieprzerwanie, na nowo czytać „Księgę Diny” i by móc podkreślać co chwilę inne fragmenty. Niestety. Jedyne wydanie w Polsce pojawiło się w 1999 roku, dzięki Warszawskiemu Wydawnictwu Literackiemu Muza S.A. Co mi pozostało, zajrzałam na allegro, a tam jedna, jedyna aukcja zakończona niebagatelną sumą 265 zł.
Chyba przyjdzie mi poczekać na spełnienie tego marzenia. A jest na co czekać. Książka jest niesamowita, tak jak niesamowita jest jej główna bohaterka, Dina Grønelv. Kobieta silna i bezkompromisowa, lawirująca na krawędzi szaleństwa, momentami przypominająca czarownicę. „Jam jest Dina, która widzi, jak sanie unoszące człowieka toczą się w dół po stromym zboczu.” Tym zdaniem rozpoczyna się książka. Dina jest tą która potrafi spojrzeć śmierci w oczy. Nie ucieka od ciemnej strony życia, wręcz przeciwnie, stawia czoło najgorszym przeciwnościom, za nic mając konwenanse i swoim postępowaniem zawstydzając niejednego mężczyznę. Dzika i nieokiełzana postępuje tylko i wyłącznie wg własnych reguł. Zawsze „robi to co musi”. Jej historia nie jest zbyt optymistyczna. Nie ma w niej czasu na użalanie się. Dina uwodzi ludzi. Fatum które nad nią ciąży, sprawia że ludzie mimo, że mają powody by nienawidzić, ulegają jej. Zawsze robią to, czego od nich oczekuje. Dina jest tą która staje po stronie słabszych, przygarnia sieroty i wykluczonych, dla niej wszyscy są równi. Być może dzięki temu przekonaniu tak łatwo znajduje wspólny język z tajemniczym Leo Żukowskim, rewolucjonistą rosyjskim. „Trzeba robić, co się chce, zanim ogarną człowieka wątpliwości”, taką zasadę wyznaje Dina i nie waha się wyruszyć w poszukiwaniu człowieka który ją zafascynował, chociaż jest to jak szukanie igły w stogu siana. Nic jej nie powstrzymuje, gdy w coś wierzy. Dla niej nie ma granic ani barier. Jeśli zajdzie taka potrzeba sama zaszlachtuje rannego konia, nie zawaha się także skrócić cierpienia swojego męża. Dina jest główną postacią, ale
wokół niej skupiają się liczne wątki nie mniej interesujących ludzi, którzy są
w jakiś sposób związani z Panią na Reinsnes. Losy Diny są nierozerwalnie
złączone z losami Tomasza, z którym Dina często poluje, z Oline która
niepodzielnie rządzi w kuchni, ze Stine, która opiekuje się synem Diny, z Matką
Karen, z Jakubem który nawet po śmierci przychodzi do swojej żony i z wieloma
innymi, którzy ją podziwiają lub nienawidzą, ale nie pozostają obojętni na jej
wpływ. Piękna książka, mroczna i chłodna. Nie ma w niej miejsca na złudzenia. I na koniec jeszcze słowa Oline, które utkwiły mi w pamięci: „-I na co komu marzenia? (…) Krótko trwają i źle się to kończy albo wleczesz je za sobą przez całe życie.” |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Ekstremalnie
Moje wędrówki po meandrach wyobraźni
Napisz do mnie
Nie znamy się
Pomóż!
Troszkę sztuki
Warto!!
Znamy się
|